Nigdy nie przestanę kochać Warmii i Mazur

Pasja, fascynacja, zakochanie. Wszystko zaczęło się… Nie. Nie wiem dokładnie kiedy. A może jednak? Ta historia zaczęła się w Olsztynie, a potem przeniosła do Ostródy. Niejednokrotnie podkreślałam, jak dobrze mi na Warmii i Mazurach. Tu się wychowałam. Tu są moje korzenie. Kocham ten region miłością trudną, niekiedy nawet niewdzięczną. Po studiach wróciłam do rodzinnego miasta. Z powrotem zamieszkałam w Ostródzie – jako jedna z nielicznych. Ostatnie dwa lata spędziłam intensywnie pracując, bo uciekałam od… samotności. Oczywiście tu nie zawsze jest szaro i buro. Moje miasto latem rozkwita. Przyjeżdżają turyści, jest sporo wydarzeń kulturalnych, klienci też bardziej zróżnicowani. Pod koniec sierpnia człowiek ma dosyć, ale potem przychodzi znany nam wszystkim okres „po sezonie”. Przychodzi marazm. Nuda. Osamotnienie. Dni stają się krótsze, a wieczory ciężko wypełnić. Człowiek mimowolnie zaczyna rozmyślać o ucieczce. Tylko dokąd? Po co? Czy to coś zmieni? Czy warto zostawiać to, co znane i bezpieczne? Czy zostawiać tych nielicznych ludzi, z którymi udało się czasami ponadawać na podobnych falach?

Boję się zmian. Oczywiście uwielbiam jeździć po Polsce, ale kocham te mniejsze i większe powroty. Podobało mi się Trójmiasto, lubię Warszawę, dobrze mi było w Poznaniu, a dla Wrocławia już dawno straciłam głowę. Chciałam tam studiować, ale nie wyszło. Dostałam się do Olsztyna, ale w międzyczasie zdarzały mi się wycieczki na Dolny Śląsk. Między innymi tam zobaczyłam, jak powinno się robić konferencje dla studentów. Kilka lat później miałam okazję odwiedzić Myślenice. Był to pięciodniowy kurs ultrasonografii, który stał się nie tylko początkiem mojej przygody z diagnostyką obrazową, ale również kontynuacją rozpoczętego kilka lat wcześniej zgłębiania historii polskiej myśli filozoficznej. Właśnie tam, pod Krakowem, dotknęłam korzeni. Nie ja jedna. Mogę chyba powiedzieć, że tam niemal „wszystko się zaczęło”.

Potem były kolejne wycieczki na Dolny Śląsk. Tamtejsi lekarze pokazali mi, co znaczy być weterynaryjnym pasjonatem. Za każdym razem wracałam w rodzinne strony totalnie zafascynowana. Południe ma w sobie to „coś”. Pełno tam ludzi o otwartych umysłach, z którymi często łatwiej mi się dogadać. Jest jakoś tak inaczej. Czuć odrobinę inną Polskę. Niby te same problemy. Wszędzie jest „nasza” mentalność, a jednak trochę inna. Są możliwości, o których ludzie na Warmii marzą i… oczywiście powoli doganiają zachodnio-południową Polskę. Problem polega na tym, że zbyt wolno! Powoli mam dość bycia koniem pociągowym. Chciałabym bardzo, żeby ktoś pomógł mi. Powoli mam dość wiecznej pracy u podstaw. Ile można? Jak długo dam radę walczyć z warmińsko-mazurską mentalnością? Nie wiem. Jestem zmęczona.

Mazury Zachodnie, czyli Ostróda oraz Warmia, czyli Olsztyn – mój dom. Moje miejsca. Uniwersytetowi Warmińsko-Mazurskiemu zawdzięczam swoje wykształcenie, które zostało poszerzone o (niedokończony) kurs filozofii. Rozpoczęcie drugiego kierunku, było możliwe głównie przez wzgląd na rozmieszczenie wydziałów. Wydział Medycyny Weterynaryjnej i Wydział Humanistyczny znajdują się w tej samej części Kortowa. Dzięki temu udało się połączyć plany zajęć. Jakoś to godziłam. Biegałam to jedną, to w drugą stronę. Czasami zdawałam kilka kolokwiów dziennie. Byłam szczęśliwa. Byłam zafascynowana. Z powrotem odnalazłam siebie. Dzięki temu, że uprawiałam to, co kiedyś nazwałam umysłowym płodozmianem, odetchnęłam. Przeskakiwałam z literatury filozoficznej na weterynaryjną. Uwielbiałam to! Oczywiście moi znajomi byli zdziwieni tym wyborem. Pukali się w głowę. Od wielu słyszałam „że Ci się jeszcze chce!”. Chciało mi się. Dalej mi się chce. Cenię swoje „humanistyczne ciągoty”.

W szufladzie cały czas leżą pomysły sprzed kilku lat. Może czas je odkopać? Dlaczego nie? Na ten moment nieśmiało przenoszę się do Olsztyna, choć moje serce coraz mocniej bije, gdy myślę o Śląsku. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Uwielbiam przecież podróże po Polsce. Lubię być „to tu, to tam”, ale dobrze jest mieć coś w rodzaju domu. Jakąś przystań. Miejsce, do którego się wraca. W Ostródzie mam rodzinę. Tu zawsze mi pomogą. Tu mam dach nad głową. Tu ludzie znają mnie na wylot. Być może muszę na jakiś czas wylecieć z rodzinnego gniazdka, żeby docenić i zatęsknić. Może wyjadę na kilka miesięcy, może na lata, a może… na zawsze? Kto wie. W Ostródzie są wspomnienia. Tu byli ludzie, których oczami wyobraźni cały czas widzę na ulicach rodzinnego miasta. Mam ogromny sentyment do tego miejsca. Nigdy nie przestanę go kochać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s