Polecane

Dwa bieguny

Nadszedł ten moment. Przyszedł czas, by o tym napisać. Moja poniedziałkowa „kawka z bąbelkiem” była zapowiedzią tego tekstu. To nie jest tak, że się do czegoś przyznaję. Przecież takich jak ja jest sporo. Cierpię na chorobę, która nie zniknie już nigdy.

Uczę się nią żyć od… No właśnie. Chyba już od okresu dojrzewania. Kiedy sięgam pamięcią wstecz, wyraźniej widzę swoje górki i dołki, które amplitudę zawsze miały wyższą niż przeciętną. Pierwsza wizyta u psychologa? Miałam wtedy lat 19 i po maturze uciekałam z domu. Pisałam Wam o tym, że nie nie zawsze chciałam iść na weterynarię. Po zdaniu egzaminu dojrzałości zamarzyła mi się kariera sportowca. Chciałam jeździć konno! Mądrzejsi przekonali mnie do trzymania wymyślonego przez nią kursu. Nie pozwolili mi zboczyć. Powiedzieli, że na sportowego konia będę musiała sobie zarobić. Dziękuję im za to.

Oczywiście konie nie zniknęły. One cały czas były. Przez całe studia, w każdej wolnej chwili, uciekałam do stajni. Mieliśmy wtedy dwa konie. Na trzecim roku odeszła ode mnie Alaska – przepiękna klacz, która nauczyła mnie podstaw ujeżdżenia. Gdy o tym piszę, oczy zachodzą mi mgłą, a łzy powoli zbierają się w kącikach. Dlaczego? Kochałam tego konia całym swym małym serduchem! A ona umarła w nocy. Nagle. Bez uprzedzenia. Całe szczęście został nie mniej zrozpaczony Apacz, który dziś jest tzw. koniem profesorem. Komanczo W (tak ma w papierach!) jest statecznym, mądrym wałachem. Stanowimy dziś zabawny gniadosrokaty duet.

Kolejny ważny epizod? 2015 rok. Wtedy był inny blog. Pisałam jako „Pleszka”. Byłam nieopierzoną studentką weterynarii, która… chciała rzucić studia medyczne dla filozofii. Ludzie pukali się w głowę. Dziwili się. Nie rozumieli. Do tego sypnęło mi się życie osobiste. Zaczęłam chorować. Miałam potworne nerwobóle. Studiując weterynarię i robiąc 2 lata filozofii jednocześnie, bez wsparcia partnera, będąc do tego w relacji, którą łagodnie mówiąc, można nazwać toksyczną, coś we mnie pękło. Wylądowałam na leczeniu zamkniętym.

Właśnie w 2015 roku dostałam tę łatkę lub, jak kto woli, diagnozę: dwubiegunówka, a dokładniej choroba afektywna dwubiegunowa. Do 2018 roku był spokój, a raczej… Nic nie było, bo przy tej przypadłości jest tak, że jak zaliczysz dół, to on potrafi trwać, i trwać, i trwać. Leki bardzo ciężko dobrać, bo nie mogę przyjmować antydepresantów. Dlaczego? Wtedy rośnie ryzyko wejścia w tzw. „manię”. Nie cierpię tego słowa. Rzadko go używam. Nie lubię też zmartwionego wzroku moich bliskich, gdy widzą, że „Paulina ma znowu za dużo pomysłów”. Jednocześnie dobrze wiem, że granica między normalnością a chorobą jest cholernie cienka. Łatwo ją przekroczyć. Z reguły się tego nie dostrzega.

Co łączy wszystkie moje epizody? Miłość platoniczna. Kocham ludzi bez względu na płeć, ale mężczyzn jednak trochę bardziej. Wielu z nich darzyłam tym uczuciem. Niektórych kocham po dziś dzień, mimo że już od dawna nie stoją u mojego boku. Było, minęło. Czasami kochać to pozwolić odejść albo przegonić. Uczę się tego odkąd moje ciało dojrzało i, jako bardzo wierząca dziewczyna, musiałam sobie z nim jakoś radzić. Nigdy nie zapomnę, jak pewien znany w środowiskach salezjańskich ksiądz zadał mi w odniesieniu do jednego z moich chłopaków bardzo ważne pytanie: Paulina, czy ty chcesz, żeby on był Twoim mężem? Przetrawiłam. Do dziś trawię, a to pytanie dźwięczy mi w głowie za każdym razem, gdy wchodzę w związek. Ono nie zniknie tak samo, jak moje pragnienie złożenia przysięgi małżeńskiej oraz urodzenia komuś dzieci.

Jak wiecie, ostatnio w mojej rodzinie miało miejsce ważne wydarzenie. Mój mały brat założył rodzinę. Bardzo to przeżyłam. Pojechałam sama. Nie chciałam partnera. Dlaczego? To nie mógłby być nikt przypadkowy! I co? Bawiłam się sama. Wzruszałam się. Płakałam. Przepełniała mnie duma. Tylko głęboko w środku mała Paulinka pytała: A kiedy Twoja kolej? Do trzydziestki zostały dwa lata. Chciałabym zdążyć. Czy się uda? Nie wiem. Pewnie jeszcze nie jestem gotowa. Przecież mam dwubiegunówkę. Kto by mnie chciał? Kto zaryzykuje? Kto mnie pokocha? Po tych pytaniach sypią się odpowiedzi. Wielu ryzykowało. Wielu kochało. To TY, Paulina, ich w większości przypadków ich przeganiałaś. Zwolnij. Poczekaj. Ten Jedyny gdzieś jest. Czeka. Patrzy. Czyta. Obserwuje. Znajdzie się taki, co i Twoje dwa bieguny pokocha.

Wiem, że osób z tą przypadłością jest sporo. Wielu chodzi po tym łez padole bez diagnozy. Całe szczęście medycyna idzie do przodu. Są coraz bardziej nowoczesne leki. Psychoterapia też potrafi zdziałać cuda. Ostatnio udało mi się dobrze funkcjonować bez leków prawie przez rok! Nie wytrzymałam tylko dlatego, że znów się przepracowałam i zburzyłam swój rytm dobowy. Teraz powoli go odbudowuję. Wierzę, że będzie dobrze. Nie chcę krzywdzić swoich najbliższych. Chcę być wystarczająco dobra. Przecież już pisałam tutaj, że nie biorę udziału w wyścigu. Wykonuję zawód zaufania publicznego. Chcę temu sprostać. Nie chcę być krótkodystansowcem. Kocham rajdy. Długie biegi. Lubię planować na kilka lat do przodu.

Nie chcę biec. Chcę iść, rozglądać się i zachwycać pięknem tego świata.
Patrzeć na ludzi z różnych perspektyw.

Mówić, ale…

Przede wszystkim słuchać.

Pisać, ale…

Przede wszystkim czytać.

3 myśli w temacie “Dwa bieguny

  1. Brawo za odwagę do napisania prawdy. Paulina pamiętaj, że z najczarniejszej dupy prędzej czy później wychodziłaś. Tak będzie i tym razem. Z chorobą będziesz już musiała żyć, ale coraz łatwiej Ci będzie sobie z nią radzić. Przyjdzie taki moment, że ktoś pokocha oba bieguny, one przecież tworzą całość! A ta całość to nie czerń i biel, tylko miliony kolorów! Wystarczy wyjść z domu, nie bać się podejmować decyzji, zmieniać to, co Ci nie odpowiada, rani Cię lub trzyma w miejscu. Tyle jeszcze przed Tobą, wydaje mi się to wręcz ekscytujące. Jak sama wspominałaś – żyjemy w dobrych czasach. A cyferki 20 czy 30 – nie są zupełnie istotne.
    Trzymam kciuki! 🙂

    Polubienie

  2. Brawo za odwagę. Jedyne co mogę powiedzieć to to, że miłość, ta prawdziwa, do każdego przychodzi w odpowiedniej chwili. Kiedyś, za takie stwierdzenie, sama sobie powiedziałabym „stara, co ty pieprzysz?!”, ale teraz jestem o tym święcie przekonana. Z tych poprzednich związków i miłostek mniejszych lub większych trzeba wyciągnąć pewne wnioski, zostawić sobie miłe wspomnienia i żyć dalej. Wiek naprawdę nie jest tu żadnym wyznacznikiem. Czasem lepiej poczekać te kilka lat i wejść w związek z pełną świadomością i odpowiedzialnością, niż zrobić za szybko coś, czego się będzie żałowało.
    Jeśli natomiast chodzi o życie z osobą chorą, jest mnóstwo takich związków. Trzeba tylko trafić na osobę, która nie tylko kocha, ale także wspiera i rozumie. Kiedyś trafisz. Każdy trafia w swoim czasie.
    Powodzenia!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s