Jak to się stało, że poszłam na weterynarię?

Po mamie!

Takie wyjaśnienie byłoby najprostsze. Odpowiedź na postawione w tytule pytanie jest bardziej złożona niż by się mogło wydawać. Z jakiegoś dziwnego powodu mój brat nie wybrał tej samej ścieżki kariery. Zawsze był zdolniejszy ode mnie i bardziej rozsądny. Poszedł na SGH, które to studia przerwał w trakcie, dopiero co obronił licencjat i dziś zarabia 2-3 razy więcej ode mnie. Jest 2 lata młodszy, w lipcu jadę na jego wesele, właśnie ogarnia swoje pierwsze mieszkanie w Warszawie. Ja pracuję u mamy, śpię nad lecznicą, a o własnych czterech kątach nawet nie marzę, bo mnie nie stać. Samochód też ma nowszy. Mój jest w spadku. 15-letni Ford na dobicie z pół milionowym przebiegiem. Warto jednak podkreślić, że w tej branży i tak jestem szczęściarzem. Mój standard życia jest dużo wyższy niż większości moich rówieśników po weterynarii.

Całe dzieciństwo powtarzałam, że nigdy nie będę pracować tak dużo jak mama.

Przy takim podejściu wybranie podobnego zawodu wydaje się być nonsensem (wspominałam, że nigdy nie byłam zbyt rozsądna?), jednak mój stosunek do pracy jest kompletnie inny niż typowej przedstawicielki Baby Boomers, z którą żyłam pod jednym dachem. Co więcej, leczenie zwierząt towarzyszących jest dużo mniej obciążające niż bycie tzw. lekarzem terenowym. Niby skończyłyśmy te same studia, ale specyfika mojej pracy jest kompletnie inna. Nigdy też nie marzyłam o leczeniu drobiu. Zawsze chciałam leczyć jednostki. Z leczenia koni też świadomie zrezygnowałam. Wolę pracę w ciepłej/klimatyzowanej lecznicy, która ma jakieś ramy czasowe.

Miałam prawo wstępu do lecznicy, mogłam obserwować pracę lekarzy w niej zatrudnionych.

W trakcie liceum miałam przez moment wątpliwości. Rozważałam psychologię (co jako drugi kierunek nie byłoby wcale głupie), ale sama doszłam do wniosku, że może warto pochodzić do lecznicy i dać weterynarii drugą szansę. Zostałam w ten sposób nieletnim wolontariuszem – asystowałam przy zabiegach, robiłam iniekcje podskórne, podłączałam kroplówki, biegałam za lekarzami ze szmatą i mopem. Kiedy podczas patrzenia na zakładanie dojścia dożylnego zemdlałam (do tej pory pamiętam wirujący gabinet, a chwilę potem twarz doktora Krzyśka pochylającego się nade mną), to potem lekarze sadzali mnie na krześle i kazali patrzeć – szybko przeszło.
Zabiegi chirurgiczne fascynowały mnie do tego stopnia, że przez pewien okres w każdy weekend byłam z doktorem Piotrem na sali operacyjnej. Jego entuzjazm bardzo mi się udzielał. Motto pt.: dzień bez widoku krwi dniem straconym wyryło mi się w głowie. To podczas godzin spędzonych w sali operacyjnej stwierdziłam – TO JEST TO. Przygotowując się do matury marzyłam o zajęciach anatomii (której nauka w rzeczywistości okazała się koszmarem). Bardzo chciałam wiedzieć, jak psy i koty zbudowane są w środku.
Do tego zdarzało się, że mama zabierała mnie na zajęcia ze specjalizacji chorób koni – niewiele z nich rozumiałam, ale szczególnie części praktyczne bardzo mi się podobały.

Nie byłam typem „dziewczyny kochającej zwierzątka”.

Weterynaria fascynowała mnie jako dziedzina wiedzy. W liceum widziałam zwierzęta umierające na stole operacyjnym, byłam przy eutanazjach, czy sterylizacjach aborcyjnych. Miałam do życia zwierząt dystans, którego czasami teraz mi brakuje. Może to dziwne, ale z biegiem lat uwrażliwiam się na ich los i obrazki widziane w gabinecie bardziej mną wstrząsają. Wtedy to była czysto naukowa zajawka, a do tego całkiem pragmatycznie stwierdziłam, że nie chcę pracować za biurkiem i w tej pracy nie będę się nudzić. Na medycynę pójść nie miałam ochoty. Twierdziłam, że to zbyt duża odpowiedzialność, poza tym do tej pory z trudem przychodzi mi patrzenie na zmiany patologiczne u ludzi.

Kolejne (ale nie ostatnie) wątpliwości pojawiły się w wakacje po maturze

Wsiąknęłam wtedy w jeździectwo i jak wiele dziewczyn marzyłam o pracy w stajni. Chciałam kariery sportowej, ale dorośli szybko wybili mi to z głowy (gwoli ścisłości powrót na „właściwe” tory potrwał kilka tygodni, w trakcie których zaliczyłam ucieczkę z domu).  W wieku 18 lat na własne życzenie dostałam piękną lekcję o tym, że pieniądze nie biorą się z nieba, chcieć niekoniecznie znaczy móc, a rzeczywistość jest brutalna. Usłyszałam, że na starty i kolejnego konia będę musiała zarobić sobie sama. Dzięki temu zdałam sobie sprawę jak bardzo rozpieszczonym byłam dzieckiem. Poszłam po rozum do głowy i w ten sposób zaczęłam studia, o których część moich koleżanek ze stajni marzyła.

Jestem efektem tytanicznej pracy mojej mamy

Pieniądze zawsze były, ale były też nerwy i kłótnie. Moja mama pracowała bardzo ciężko. Przez lata spała 3 godziny dziennie, ale kiedy była w domu to zawsze miała dla mnie czas. Nigdy nie słyszałam „Jestem zmęczona, odejdź„. Miałam wbite do głowy, że trzeba się uczyć, mieć pasje i szanować starszych. W domu odkąd pamiętam liczono się z moim zdaniem. Mogłam rozwijać swoje pasje. Były okresy, że każdą wolną chwilę spędzałam w stajni, a kiedy zaczęłam interesować się fotografią, to na osiemnastkę dostałam pierwszą lustrzankę, którą mam do dziś. Byłam bardzo kosztownym dzieckiem, ale dobrze poprowadzonym. Kasa nigdy nie szła na pierdoły. O pracy i lecznicy dużo mówiło się w domu. Byłam przy tym jak lekarze z dnia na dzień rzucali wypowiedzenia i otwierali konkurencyjne placówki. Patrzyłam jak się miota, z czym ma problemy, widziałam efekty jej błędów.

Nie byłam zmuszana do tego kierunku studiów.

Zawsze miałam wybór. Gdy zaniedbałam konia potrafiłam usłyszeć „Co będzie z Ciebie za lekarz?!„, ale też dostawałam jasny komunikat, że w trakcie studiów i po nich jest w stanie mi pomóc – załatwić praktyki, wysłać na konferencję, dopłacić do szkolenia. Wiedziałam, że lecznica, którą za wszelką cenę chce utrzymać będzie dla mnie. Brzmi jak weterynaryjna bajka, prawda? Nie było tak różowo. Potem zaczęły się schody, studia znaczy się…

Ciąg dalszy nastąpi!

 

2 myśli w temacie “Jak to się stało, że poszłam na weterynarię?

Odpowiedz na Herne Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s