O eutanazji, czyli ciemnej stronie bycia lekarzem weterynarii

Eutanazja. U ludzi (w Polsce) zakazana. A u zwierząt? Codzienność lekarza weterynarii. o której nie myśli się wybierając weterynarię jako kierunek studiów. Mówiąc brutalnie, lekarz weterynarii nie tylko leczy, ale również… zabija. Mówi się co prawda inaczej. Sformułowaniem obiegowym jest „usypianie zwierząt”. Niewątpliwie procedura ta potrafi być bardzo nieprzyjemna nie tylko dla związanego ze zwierzęciem właściciela. Mi, jako lekarzowi, również bywa bardzo trudno wysyłać zwierzęta „za tęczowy most”. Wiem, że są lekarze weterynarii, którzy podchodzą do tego bez większych emocji. Są też tacy, których ta procedura zwyczajnie przerasta. Być może jestem gdzieś po środku.

Jak to się robi? Ja się wyłączam. Wykonuję niezbędne czynności mechanicznie. Staram się wyłączyć emocje. Często czuję, jak twarz mi tężeje. Coś w środku zamiera. Z reguły po wszystkim potrzebuję chwili oddechu, żeby przyjąć następnego pacjenta. Najgorzej jest wtedy, gdy zwierzę jest skrajnie zaniedbane. Gdy wiem, że cierpiało od tygodni i nikt z tym nic nie zrobił. Powody? Brak pieniędzy, ignorancja, brak wiedzy. Właścicieli często nie stać na złożoną diagnostykę i terapię ciężko chorych zwierząt. Bywa też, że osoby sprawującej opiekę nad czworonogiem nie obchodzi jego cierpienie. Tak jest w przypadku zwierząt ciężko chorych, ale…

Jest jeszcze jeden powód kończenia życia zwierząt towarzyszących – aborcje i usypianie ślepych miotów. Do tego pierwszego dochodzi dość często. Szczególnie w przypadku dzikich kotek, o których ciąży lekarz, przystępując do zabiegu sterylizacji, zwyczajnie nie wie.  Całe szczęście zajmuję się głównie interną i z reguły tylko słyszę od chirurgów, że dana kotka była w ciąży. Wolę tego nie widzieć. Jest mi z tym źle, chociaż wiem, że często inaczej nie można, bo później te małe kotki z dużym prawdopodobieństwem i tak zginą, bo nikt się nimi nie zajmie. Pozostaje jednak usypianie ślepych miotów, czyli nowo narodzonych zwierząt. Po prostu nie potrafię. Nie wyobrażam uśpienia małych, zdrowych kociąt, czy szczeniąt. Ostatnio odmówiłam. Nie potrafiłam tego zrobić. Całe szczęście miałam taką sytuację dopiero po raz pierwszy. Kociaki dostały dom tymczasowy i są odkarmiane ręcznie.

Wracając do zwierząt chorych, eutanazja nie zawsze jest traumą. Bywa inaczej. Następuje koniec wędrówki. Po długotrwałym leczeniu zostaje podjęta decyzja, że „lepiej, żeby nie cierpiał„. Często znam wtedy zarówno pacjenta, jak i właścicieli. Przechodzimy przez to razem, ale to z reguły są najłatwiejsze do strawienia eutanazje. Bez zbyt wielu negatywnych emocji, bo z oczywistych względów. Wtedy ta procedura przynosi ulgę. Zarówno pacjentowi, jak i jego właścicielowi, który nie musi bezradnie patrzeć na cierpienie swojego czworonoga. Czasem trzeba się pogodzić z tym, że nie wszystkie choroby są uleczalne. Są sytuacje, gdy medycyna jest bezsilna i pozostaje tylko godna śmierć. Najlepiej byłoby, gdyby to eutanazji dochodziło tylko wtedy. Oczywiście z tym też jest związany pewien moralny dylemat. Chodzi mi o tzw. leczenie uporczywe. Czasem u zwierzęcia jest wskazanie do uśpienia, ale właściciele są bardzo zaangażowani i nie chcą żegnać się z pupilem i „na siłę” go leczą. Często również zdanie lekarzy na temat danego przypadku jest różne. Jedni podejmują próby leczenia, inni namawiają na eutanazję. Wyznaczenie momentu, w którym się poddajemy jest niezmiernie trudne.

Bardzo chciałabym, żeby do eutanazji dochodziło tylko w uzasadnionych przypadkach i przede wszystkim nie za późno. Może brakuje odpowiedniego prawa? Niestety w przypadku zaniedbań ciężko podjąć decyzję o oddaniu właściciela do sądu za znęcanie się. Często przy usypianiu winni temu właściciele są zrozpaczeni i okazują skruchę, ale co z tego? Przecież liczą się czyny. Jak karać takich? Nie wiem. Nie stworzyłam jeszcze w głowie procedury. Do tego dochodzi kwestia tego, że jednak w takiej sytuacji doszłoby do pozwania, jakby nie patrzeć, klienta. Najlepiej jest, gdy przypadkami znęcania się nad zwierzętami zajmują się np. fundacje, a lekarz weterynarii jest tylko (albo aż) świadkiem w sprawie.

Do tego pozostaje jeszcze to nieszczęsne usypianie ślepych miotów. Jest ono nawet dofinansowywane przez gminy jako kontrola liczebności bezdomnych zwierząt. Ma to być rozwiązanie bardziej humanitarne od ewentualnego topienia, czy zakopywania miotów (można wierzyć lub nie, ale takich czynów ludzie wciąż się dopuszczają). Dla mnie jedno i drugie jest niedopuszczalne. Uważam, że zabijanie zdrowych zwierząt jest niemoralne. Nigdy tego nie zrobiłam i mam nadzieję, że nie będę zmuszona. Całe szczęście jest sporo dobrych ludzi, którzy są w stanie odchować takie zwierzęta nawet bez matki.

Jak widać, temat jest trudny. To taka ciemna strona bycia lekarzem weterynarii. Nikt nas do tego nie przygotowuje, nie myślimy o tym przed i w trakcie studiów. Przed uzyskaniem dyplomu z reguły jesteśmy tylko świadkami śmierci zwierząt, ale nie robimy tego własnymi rękami. Potem decydujemy się na pracę w lecznicy i okazuje się, że nie da rady być lekarzem zwierząt towarzyszących i nie wykonywać eutanazji. Jest to wpisane w ten zawód. Czasem zdarza się to raz w miesiącu, innym razem kilka razy w tygodniu. Bywa, że zwierzęta umierają same na naszych oczach – szczególnie po wypadkach komunikacyjnych. Jesteśmy świadkami wielu emocji, czasem wręcz histerii właścicieli. Trzeba to przyjąć „na klatę”. Jakoś z tym żyć i w miarę możliwości nie zabierać do domu. Czy się da? Na pewno nie w 100%. Niektóre sytuacje zostają w pamięci na zawsze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s